Stanisław Wcisło
Józef Piłsudski
w Chyszówkach
we wspomnieniach Wojciecha Bolisęgi
Siedząc w gronie znajomych, przeglądaliśmy dokumenty związane z początkiem "Strzelca" w Tymbarku, jakie udało się zdobyć w Centralnym Archiwum Wojska Polskiego i rozmawialiśmy o tamtych latach, kiedy na Ziemi Limanowskiej walczyli legioniści wraz z Komendantem - Józefem Piłsudskim. I wtedy właśnie przypomniało mi się spotkanie z Wojciechem Bolisęgą, który w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku opowiadał nam o swoich przeżyciach z początku pierwszej wojny światowej, związanych z postacią twórcy Legionów Polskich. Z Wojciechem Bolisęgą spotkaliśmy się ponad pół wieku temu w jego rodzinnej wsi - Chyszówkach, na Przełęczy Edwarda Rydza-Śmigłego, w miejscu gdzie krzyż i obelisk upamiętniają wydarzenia z roku 1914. W latach Polski Ludowej władze starały się te pamiątki usunąć, jednakże dzięki postawie miejscowej ludności, nie doszło do tego. Pracownicy Służby Bezpieczeństwa zniszczyli jedynie, odnowione później, tablice z napisami umieszczone na krzyżu i obelisku1.

- Przyjechaliście specjalnie, aby zwiedzić Przełęcz Rydza-Śmigłego? - spytał nas wówczas Wojciech Bolisęga. A gdy przytaknęliśmy, dodał:
- Teraz rzadko kto tu przyjeżdża. Nasze władze nie są zadowolone, kiedy pojawiają się w tym miejscu ludzie i wypytują jak to było, kiedy żołnierze Piłsudskiego pobili tutaj Moskali. Jeśli chcecie, to wam nieco opowiem. Pamiętam te czasy dobrze, bo byłem już wtedy wyrostkiem, którego ciekawiło to, co się dzieje, a nawet brałem udział w tych wydarzeniach...

- O tutaj, na tej górce - wspominał pan Wojciech, wskazując pobliskie wzgórze - legioniści mieli swe okopy nakryte gałęziami, stąd strzelali do podchodzących patroli Moskali. Pamiętam też bitwę, w której legioniści pokonali szwadron Kozaków. Zrobiła się wielka wrzawa. Żołnierze krzyczeli po polsku i po rusku. Ludzie we wsi też krzyczeli - ze strachu. Kwiczały konie. Strzelano też, ale niewiele. Bito się raczej na szable. Nie zapomnę nigdy widoku sołdata jadącego na koniu; trzymał się za rozcięty szablą brzuch, z którego wychodziły wnętrzności.

Na odwrocie tej archiwalnej pocztówki ktoś napisał: "Piłsudski w brązowym kożuszku, tak jak był (...) pod Limanową." Fotografia z czasów gdy kwaterował u rodziny Bolisęgów. (ze zbiorów Miejskiej Biblioteki Publicznej w Limanowej).


Walka nie trwała długo. Rano już było spokojnie i kręciły się tylko patrole legionistów. Potem przyjechał sam Piłsudski i objeżdżał teren. Koło południa przybyła grupa oficerów austriackich, którzy oglądali miejsce walki, gratulując legionistom zwycięstwa. Potem wszyscy stąd odjechali i odmaszerowali.

Ale któregoś dnia Piłsudski znowu pojawił się w Chyszówkach z niewielką grupą legionistów i pozostał tu przez parę dni. Zatrzymał się przed naszą chałupą i spytał, czy może tu kwaterować. Tata zgodził się. Wówczas Piłsudski zeskoczył z konia i oddał go w moje ręce, abym go dobrze wytarł słomą, do sucha, a potem wyczyścił. Poprowadziłem więc konia za uzdę do stajni. Chętnie to robiłem, bo lubiłem konie, a to przecież był koń Piłsudskiego. Gorzej było na drugi dzień, kiedy Komendant kazał mi przyprowadzić swojego konia. Poszedłem do stajni, odpiąłem go od żłobu i za uzdę chciałem wyprowadzić, ale w drzwiach kobyła utknęła. Miała szeroki zad i wejść jakoś weszła, ale wyjść nie mogła. Próbowałem raz i drugi, ale nic z tego. Piłsudski zaczął się niecierpliwić i w końcu sam przyszedł do stajenki. Nie powiedział ani słowa, ino tak jakoś spojrzał, że strach ogarniał człowieka. Nie było wyjścia; trzeba było wyrwać futrynę i dopiero wtedy koń wyszedł.

Poruszony wspomnieniami pan Bolisęga zamyślił się przez chwilę, a potem opowiadał dalej:
- Dwa, albo trzy razy kazano mi dostać się do Słopnic na plebanię, gdzie stały wojska austriackie i tam przekazać jakieś meldunki od Piłsudskiego. Trzeba było uważać, aby nie wpaść na patrol Moskali, którzy plątali się po okolicy i podpatrywali poczynania legionistów. Po zaniesieniu meldunku trzeba było otrzymać potwierdzenie, że się tam było. Przybijali pieczęć na białych portkach albo gaciach. Kiedyś, w pośpiechu nie ubrałem gaci, a portki były ciemne. Przybili mi więc pieczątkę na gołym pośladku. Trochę mi było głupio, ale musiałem poddać się temu, bo inaczej nie uwierzono by mi, że tam byłem. Po moim powrocie Piłsudski obejrzał pieczątkę i uśmiał się rzetelnie, ale pochwalił za wykonanie rozkazu.

- Piłsudski to miał takie oczy - wspominał dalej pan Wojciech - że jak na cię spojrzał, toś czuł ciarki na plecach. Przewiercał cię na wylot - taki miał wzrok. Do tego brwi krzaczaste, groźne, ale nie słyszałem nigdy, aby na kogoś głośno krzyczał. Chyba, że do żołnierzy, którzy stali w szeregu; wtedy mówił głośno.

Powoli szliśmy spod krzyża i obelisku Rydza-Śmigłego w kierunku domu Bolisęgów, a pan Wojciech znowu wspominał:
- Kiedy Komendant mieszkał u nas, to wychodząc ze swej izby śmiał się ze mnie mówiąc: "Jak tam mój wojaku, gacie to dzisiaj założyłeś?". A kiedy prosiłem aby przyjął mnie do swego wojska, spojrzał na mnie, uśmiechnął się i rzekł: "Przyjmę cię na pewno, ino musisz się nieco wzmocnić, bo nie wyglądasz tęgo. A wojsko to nie żarty. Sam widzisz w jakich warunkach muszą przebywać moi żołnierze". Przytaknąłem, bom nieraz widział jak leżeli w swych okopach w błocie. Po paru dniach pobytu Piłsudski wyjechał z Chyszówek i więcej już go tu nie widziałem.

Pan Wojciech umilkł, potem wszedł do domu, a po chwili wrócił, przynosząc koszyczek, w którym były pamiątki z tamtych lat.
- To są kule z kartaczy, to siekańce, a to odłamki szrapneli, które rozrywały się nad okopami legionistów. Wszystko to znalazłem tu w lasach i na polach, kiedy wojska odeszły - objaśniał nasz rozmówca. - Niech dzieci mają pamiątkę, aby wiedziały jak tu kiedyś wojowano.

Pokazał nam także bagnety; austriacki i rosyjski, zwracając uwagę na różnice między nimi, a potem, po chwili zamyślenia dodał:
- Ale takiego wojoka jak Piłsudski to już potem nie było i nigdy nie będzie...

Podziwialiśmy pana Wojciecha, prostego człowieka o wrażliwym sercu przepojonym miłością do Ojczyzny, który z taką skromnością opowiadał o swoich przeżyciach związanych z rodzeniem się wolnej Polski. Żałował tylko, że nie mógł walczyć jako polski żołnierz, legionista; podczas I wojny światowej był żołnierzem armii austriackiej, dostał się do nie- woli rosyjskiej i przez cztery lata musiał pracować jako katorżnik. Związane z tamtym czasem wspomnienia nie należały widocznie do przyjemnych, bo jego najmłodsza córka Marysia wspominała: "Ucząc się języka rosyjskiego próbowałam czasem głośno czytać, a wtedy tato zabraniał mi tego, gdyż sam dźwięk mowy rosyjskiej wywoływał w nim ból i bunt związany z tym, co przeżył."

Rodzina Bolisęgów do dzisiaj mieszka na osiedlu Jony, nieco poniżej Przełęczy Rydza-Śmigłego w Chyszówkach.

Obok fotografia z 1979 roku. Na pierwszym planie siedzi Wojciech Bolisęga (1896-1981). To on właśnie w 1914 roku spotykał się z Józefem Piłsudskim. Obok Wojciecha jego żona Aniela, trzymająca na kolanach wnuczkę Teresę. Za nimi stoi Stanisław Bolisęga (syn Wojciecha) ze swoimi dziećmi: po lewej Maria, a po prawej Grażyna i Andrzej. Na zdjęciu nie ma żony Stanisława - Danuty.

Nie zachowało się żadne zdjęcie matki Wojciecha - Kunegundy Bolisęgi (z domu Moczarnik), która w grudniu 1914 roku gościła w swej chacie Józefa Piłsudskiego. Pisał on po latach, iż była po prostu niestrudzona w okazywaniu gościnności.

Jedyną pamiatką, jaka pozostała po niej jest pieczołowicie przechowywany przez rodzinę gruby, dziewiętnastowieczny modlitewnik ozdobiony na okładce mosiężnym krzyżykiem. Brak w nim strony tytułowej, na podstawie której można by określić czas i miejsce druku tej ponad stuletniej książki, ale na wklejce zachował się wykaligrafowany przez właścicielkę własnoręczny podpis z aktualnym i dzisiaj adresem; Chyszówki 24.


Z upływem czasu zacierały się w pamięci wspomnienia z tego spotkania. Wracając do nich po latach, zaczęliśmy nawet powątpiewać w autentyczność opowieści Wojciecha Bolisęgi, zwłaszcza tych - dotyczących potwierdzania wykonania zadania przez posłańców pieczęcią odciskaną na spodniach czy kalesonach. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy - już po zakończeniu stanu wojennego - zdobywszy książkę Józefa Piłsudskiego "Moje pierwsze boje", której wcześniej nie udało mi się przeczytać, dotarłem do rozdziału zatytułowanego "Limanowa - Marcinkowice" i na stronie 155 przeczytałem: Warunki wojny na Podhalu okazały się (...) nadzwyczaj przyjemne. Mówię o stosunkach z ludnością. Nie było tu, jak w Królestwie, gwałtownego i najczęściej daremnego szukania oparcia i zrozumienia wśród ludności cywilnej. Nie trzeba było tu niczego szukać, bo wszystko, czego dusza żołnierza walczącego dla szczęścia Ojczyzny pragnie, było mu dane. Tu czułem się w Ojczyźnie, czułem się potrzebnym dla niej jako jej obrońca. Od góry do dołu - ksiądz, gazda góralski, czy jego gaździna, mieszczanin czy robotnik, wszyscy szukali po prostu okazji, aby w czymkolwiek dopomóc lub przynajmniej okazać swoją sympatię. Młodzi chłopcy chodzili na wywiady przed wojskiem. Robiono to za zgodą wsi, która wprost wyznaczała, kto ma iść. Więcej! By chłopak nie mógł skłamać, że był tam, gdzie go posłano, musiał wrócić z pieczęcią gminną wyciśniętą na portkach jako namacalne świadectwo swej sprawności. W żadnej chacie, czy domu nie czuło się, że jesteśmy ciężarem, pomimo że przecież wojsko nie należy do najprzyjemniejszych gości.

Żywo pamiętam jeden wypadek w zapadłej góralskiej wsi, w której po jednej z nocnych wycieczek szukałem z wojskiem na pewien czas ukrycia. Stanąłem kwaterą w chacie góralskiej, która jak zwykle miała dwie izby. Jedną na zimę zamkniętą, drugą codzienną, że tak powiem, gdzie obok ludzi przechowują się cielęta, kury, prosięta i temu podobne pożyteczne, lecz brudne i cuchnące stworzenia. Pomimo zimna stanąłem w czystej połowie. Zastanawiała mnie gaździna, wysoka, o kształtnych rysach i dziwnie melancholijnych oczach. Była po prostu niestrudzoną w okazywaniu gościnności. Sama przybiegała często, proponując to, lub owo, potem przysłała dzieci, które wpadały z ciekawymi buziami, by zapytać jeszcze, czy nie trzeba czego, lub by przynieść jeszcze więcej drew do pieca. Byłem strasznie zmęczony po nieprzespanej nocy, więc nudziła mnie trochę ta nadzwyczajna gościnność.

Gdy dałem wkrótce rozkaz do wymarszu, gaździna płakała rzewnymi łzami, patrząc swymi melancholijnymi oczami na odchodzące wojsko. Przypuszczałem, że obawia się ona nadejścia Moskali po naszym wyjściu i zacząłem ją uspokajać. Wtedy to odpowiedziała mi: "Biedne wy wojoki polskie! Tego płaczę."

Nie chciała wziąć ani grosza za gościnę, nawet gdym chciał to zrobić pod pozorem zostawienia pieniędzy na cukierki dla dzieci. Dotąd za te serdeczne łzy tej Podhalanki czuję serdeczną wdzięczność, a do całego Podhala ogromną sympatię za to odczucie Ojczyzny, które tu miałem.2

Ta płacząca gaździna to Kunegunda z Moczarników - Bolisęga, żona Stanisława Bolisęgi (ojca Wojciecha) z osiedla Jony w Chyszówkach. To w ich domu w grudniu 1914 roku stanął na kwaterze Józef Piłsudski. Wśród dzieci, o których wspomina autor książki "Moje pierwsze boje" był Wojciech - urodzony 22 czerwca 1896 roku, a zmarły 30 października 1981 roku. To on właśnie opowiadał nam przed laty o walkach legionistów polskich z Rosjanami oraz o pobycie Józefa Piłsudskiego w Chyszówkach.

Wracając do wspomnień Józefa Piłsudskiego, należy podkreślić jego, ujętą w pięknych słowach, wdzięczność dla płaczącej gaździny i jej rodziny, a także pochwałę mieszkańców tych okolic za ich miłość do Ojczyzny i ofiarność dla niej. Ja zaś znalazłem tam także potwierdzenie tego, o czym przed laty opo wiadał nam Wojciech Bolisęga.

Przypisy:
1. Na obelisku znajduje się napis wyryty na granitowej płycie: "Na pamiątkę bojów I Brygady Legionów Polskich. 23.XI-9.XII.1914". Natomiast na stojącym obok drewnianym krzyżu umieszczono metalową tablicę (odlew) w kształcie tarczy herbowej, na której czytamy: "1918-1928. Tu w Chyszówkach w listopadzie 1914 r. walczyli legioniści polscy pod wodzą Józefa Piłsudskiego i wzięli do niewoli oddział kawalerii rosyjskiej. W 10 rocznicę odzyskania Niepodległości Polski postawiło ten krzyż Stow. Młodz. Polsk. z Dobrej 11.XI 1928 r. na znak hołdu dla bohaterów, którzy oddając krew i życie za Ojczyznę utrwalili w narodzie wiarę w zwycięstwo."
2. Józef Piłsudski, "Moje pierwsze Boje", Wydawnictwo łódzkie, 1988.


Post Scriptum

We wrześniu bieżącego roku ruszyłem tropami opowieści spisanej przed laty przez Stanisława Wcisłę. Na osiedlu Jony w Chyszówkach, tuż pod Przełęczą Edwarda Rydza-Śmigłego, bez trudu odnalazłem rodowe gniazdo rodziny Bolisęgów. Syn Wojciecha - Stanisław Bolisęga i jego żona Danuta przyjęli mnie bardzo serdecznie.

Nie ma już niestety domu, w którym kwaterował Komendant ze swymi legionistami. (Na tym miejscu stoi wzniesiony później budynek mieszkalny). Nie zachowała się do dziś stajnia, z której musiano wyjmować futrynę, by wyprowadzić konia Piłsudskiego. Niestety, przepadły też bez śladu wojenne pamiątki (odłamki pocisków i bagnety), które miał okazję oglądać autor artykułu w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. W pamięci kolejnego pokolenia wciąż żywe są jednak legendarne już niemal wspomnienia, związane z wydarzeniami z roku 1914, mającymi bezpośredni związek z odrodzeniem Niepodległej Rzeczypospolitej.
J.B

Artykuł ukazał się w numerze 34 - jesiennym z roku 2008 na stronie 13