Jerzy Bogacz
Anielski Czas

  ZAMÓW KSIĄŻKĘ       CENA: 12 zł
'Anielski Czas' to książka pełna wspomnień i magii świąt Bożego Narodzenia - czasu, w którym "niebiańskie sacrum zbliża się ku ziemskiemu profanum, przenikając niewidzialnym światłem siekierę, którą ociosywano choinkę, pachnące pierniki, ogień rozpalony w piecu, wnętrze domu i nas samych - gości Anielskiego Czasu." Refleksyjna opowieść o aniołach, świętym Mikołaju, świątecznych obrzędach i rytuałach prowadzi czytelnika w świat dobrze znany z dzieciństwa, bliski każdemu z nas.

Poniżej prezentujemy fragmenty wybranych rozdziałów:

Anielski czas zaczynał się od dnia świętego Marcina.

Z niecierpliwością wyczekiwaliśmy, czy święty Marcin przyjedzie na białym, czy na czarnym koniu? Czy świat za oknem będzie trwał w ciemnych barwach późnej jesieni, czy też pobieli się pierwszym śniegiem, po którym świętemu Mikołajowi łatwo będzie mknąć saniami?

Od sióstr zakonnych, prowadzących przedszkole w nieistniejącym już budynku, stojącym w latach pięćdziesiątych na miejscu dzisiejszego sądu, znałem opowieść o świętym Marcinie, który u bram Amiens podzielił się z żebrakiem swą rycerską opończą. Wyobrażałem sobie więc, że owa opończa była biała i że to ona właśnie okryje pewnej nocy cały świat - uśpione sady, zagony, ogródki i dachy skromnych domków Kamieńca - nadrzecznej dzielnicy mojego miasta... (...)

Święty Mikołaj

Tęskniliśmy za nim. Pisaliśmy do niego listy. Jego wizyta była prawdziwym klejnotem Anielskiego Czasu. Dlatego spoglądaliśmy niecierpliwie na kartki kalendarza, odliczając dni do piątego grudnia...

Obecnie za sprawą przenikania się kultur w dziedzinie świątecznej obyczajowości zaczyna panować wielkie zamieszanie, ale wówczas funkcje były jasno podzielone. Do świętego Mikołaja należał tylko jeden wieczór w roku. Przychodził do dzieci piątego grudnia. Najczęściej osobiście, bo wiedział zapewne, że wsuwanie upominków pod poduszkę zupełnie nas nie satysfakcjonowało.

Najpierw w przepastnej sieni rozlegał się srebrzysty głos dzwonka. Na jego dźwięk zamierała dziecięca dusza, a potem wchodził On. W złocisto-białych, biskupich szatach, z siwą brodą, z trudem mieścił się w drzwiach, pochylając pastorał i wysoką, ozdobioną krzyżem mitrę. (...)

Za sprawą Świętego Mikołaja zacząłem też podświadomie wierzyć, że na świecie nic nie dzieje się przypadkiem. Wymownie świadczyło o tym zdarzenie, które ze skromnego, świątobliwego kapłana uczyniło biskupa. Jak opowiadała przytoczona w dziecięcej książeczce legenda, było to tak: biskupi zebrani w Mirze dla elekcji nowego pasterza, nie mogąc poradzić sobie z jego wyborem, przystali na radę mędrca i postanowili, że biskupem zostanie ten, kto - dając wyraz swej pobożności - rankiem pierwszy wejdzie do kościoła. Tym pierwszym był skromny kapłan Mikołaj, późniejszy święty - patron dzieci i żeglarzy...

Potem, wierzcie mi, spotykałem go wszędzie. Na freskach, zdobiących tonące w lipowym cieniu wiejskie kościółki, w katedrze w Bielsku - Białej, gdzie jeździłem do babci i na cudownych średniowiecznych obrazach z florenckiej galerii Uffizi. Tam, w pałacu o ścianach gorejących najcieplejszymi barwami Toskanii, święty Mikołaj wskrzesza chłopca, a błękitni aniołowie zsypują ziarno ze złotego nieba wprost do ładowni żaglowców zacumowanych w turkusowej zatoce.

A niewielka książeczka od św. Mikołaja, która pozostawiła tak niezwykłe ślady w dziecięcej wyobraźni i z której te wszystkie dygresje się wywiodły, rozsypała się z czasem zaczytana do cna i przepadła. Istniejąc tylko we wspomnieniach, stała się bezcenna... (...)

Rytuał

Cała ta przedświąteczna krzątanina różniła się zasadniczo od powszedniej. Była ciągiem rytualnych znaków i czynności rozpoczynających się pewnego dnia za sprawą jakiegoś tajemniczego zegara lub zakodowanej w genach informacji, a zmierzających ku magicznej chwili Wigilii.

Tymczasem wciąż jeszcze trwał Adwent. Czas naznaczony tajemnicą i radosnym oczekiwaniem. Wszystko było pozornie zwyczajne, tylko prostokąty okien w wielu domach rozjaśniał, wcześniej niż zwykle, złoty blask. W szafirowej porze przedświtu skrzypiały na śniegu pospieszne kroki. Szło się na roraty.

Zza czterech niedziel Adwentu, zza morza spokoju, ciszy i nabożeństw zbliżało się ku nam Przyjście - narodziny Dzieciątka.

W tej porze lubiłem wyciągać z szafy stare modlitewniki, niegdyś należące zapewne do którejś z prababek. Otwierałem ich pożółkłe karty na początku, gdzie znaleźć można było pieśń o Archaniele Gabrielu sprawującym poselstwo i Siedem Antyfon na ostatni tydzień Adwentu.

Z każdym dniem niebiańskie sacrum zbliżało się ku ziemskiemu profanum, przenikając niewidzialnym światłem ostrze siekiery, którą ociosywano choinkę, pachnące pierniki, ogień rozpalany w piecu, wnętrze domu i nas samych - gości Anielskiego Czasu. (...)

Wiatrak archanioła

Tupali głośno na schodach, otrzepując śnieg z butów, a potem dzwonili mosiężnym dzwonkiem, pociągając za osadzoną przy drzwiach rączkę, wchodzili do sieni i kolędowali. Najczęściej przebrani byli za jasełkowe postacie. Czasem wystawiali całe widowisko, a gdy było ich mniej tylko kolędowali.

Inaczej rzecz się miała z gwiazdorami. Ich śpiew rozlegał się pod oknem, gdzie trafiali brnąc przez kopne śniegi. Odsuwaliśmy szybko zasłonki i firanki, gasiliśmy w kuchni światło i wówczas w całym swym pięknie, lekkości i nierealności objawiała się w ciemności zimowej nocy barwna, wirująca i połyskująca tajemniczym światłem gwiazda, o której Józef Szczypka tak pisał: ...zbudowana na przetaku i oklejona bibułą ze świeczką pyrgającą w środku i sreberkami dodającymi niebiańskiego blasku, kręciła się jak wiatrak archanioła, jeśli archaniołowie mają w ogóle wiatraki. (...)

(...)